Archiwum | 3/10 RSS feed for this section

Pół litra na krawędzi – recenzja

25 Lu

244248-352x500 (Kopiowanie)Tytuł: Pół litra na krawędzi
Autor: Przemek Opłocki
Wydawca: Self-Publishing
Data wydania polskiego: 2013
Stron: 211

W tym wpisie zaprezentuję Wam prawdopodobnie najdziwniejszą książkę, jaką było mi dane czytać. Sama prawdopodobnie nie zwróciłabym na nią uwagi, bo rzadko sięgam po coś z Self-Publishingu, ale dostałam propozycję zrecenzowania książki od pana Przemka i stwierdziłam – dlaczego nie?

Głównym bohaterem jest Piotr Kłak, wilkołak w średnim wieku mieszkający w Warszawie, który nie może zapanować nad swoimi transformacjami. W międzyczasie policja znajduje rozdarte na strzępy ciało, które jak się okazuje należy do młodej kobiety, z którą Kłak ostatnio się umawiał. Piotr nie jest pewien co się wydarzyło, ponieważ przez problemy z transformacjami (które są spowodowane przez „ciemną noc”)  ma pewne zaniki pamięci, które przeszkadzają mu w oczyszczeniu się z zarzutów. Przy piciu hektolitrów alkoholu i odkryciu prawdy pomaga mu dwójka przyjaciół: wampir Jerzy oraz zombie Bartek.

Przyznam szczerze, że sama do końca nie wiem co mam myśleć o tej książce.  Już sam początek jest nietypowy. Niby to opowieść o wilkołaku, ale Piotr to wilkołak inny niż znacie, tutaj wilkołaki nazwane są kłakami i są w stanie przybrać każdą możliwą postać jaką kiedykolwiek widzieli. Zamiana w lodówkę, w supermana, czy w plecak rakietowy to żaden problem dla naszego bohatera. Brzmi kosmicznie? Jego przyjaciel Bartek to zombie, który jest frontmanem techno-punkowego zespołu „Ja i moje członki”, który jest autorem hitów takich jak „Dupa skrzywionego skowronka”. Trójka przyjaciół chleje(!) wódkę na potęgę, a po obalonej flaszce zawsze wyskakują z dachu najwyższego wieżowca, tak dla zabawy. Do całej opowieści dochodzą jeszcze duchy i masa pokręconych bohaterów.

Co mi się podobało? Książka jest krótka i szybko ją się czyta, bo jest napisana łatwym językiem (poza kilkoma przedziwnymi nazwami), gdyby nie pewnie niesmaczne momenty to poleciłabym ją młodszym czytelnikom, ale kto da młodzieży powieść o przelewających się litrach wódki i zmasakrowanych zwłokach? Co mi się nie podobało? Interakcje pomiędzy bohaterami a narratorem. Rozumiem, że to miał być fajny i nietypowy zabieg, ale mi niestety nie przypadł do gustu, może inni czytelnicy będą tym zachwyceni. Nie podobały mi się też pewne nazwy, których zapamiętanie sprawiało mi nieco trudności, np. bar Termolyksoza, kto normalny to zapamięta? ; ) Dodatkowo, żaden z bohaterów nie wzbudził mojego zainteresowania, żaden z nich mnie nie przyciągnął do siebie jakąś wyjątkową cechą charakteru. No i niestety ostatecznie cały klimat powieści po prostu do mnie nie trafił. Miała to być groteskowa opowieść o poszukiwaniu tożsamości w świecie, gdzie można być każdym, ale często zapomina się o byciu sobą. Gdzie ucieczka w alkohol, i inne nałogi, pozornie pomaga. Pozwala poczuć się lepiej, lecz nie przynosi rozwiązania problemu. Ale ja po przeczytaniu tej powieści nie odniosłam wrażenia, żeby miała ona w sobie jakieś głębsze przesłanie. Jedyne co do mnie docierało to ta wierzchnia ekscentryczna i pokręcona warstwa pełna dziwnych stworzeń i zombie z tekstami piosenek, które swoją rolę spełniły, bo w moim odczuciu specjalnie miały żenować. Wiedziałam, że panowie piją alkohol, że wcale im to nie pomaga i tracą na tym mnóstwo dni, w trakcie których mogliby rozwiązywać zagadkę, ale było to napisane w taki sposób, że jakoś nie wpływało to na całokształt i mój odbiór tej książki. Co myślę? Książka miała potencjał, który niestety nie został wykorzystany. Takim sposobem spodoba się określonej grupie ludzi, którzy lubią czytać takie niezwykłe i krótkie opowiastki, ja wolę jednak takie z głębszym dnem, wielowątkowe i mniej ekscentryczne.

Wystawiając ocenę walczyłam ze sobą jaką wystawić, jednak stwierdziłam, że czwórka byłaby nie w porządku w stosunku do innych przeczytanych przeze mnie książek.

Moja ocena:
3/10

Marta.