Matka Makryna – recenzja

2 Paźdź

Matka MakrynaTytuł: Matka Makryna
Autor: Jacek Dehnel
Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania polskiego: październik 2014
Stron: 400

Już niedługo poznamy tegorocznego laureata Nagrody Literackiej „Nike”. Tradycyjnie, w pierwszy weekend października, odbędzie się gala rozdania tej dość znaczącej w naszym kraju nagrody. Jak to zwykle bywa, im bliżej rozstrzygnięcia, tym większe zainteresowanie finalistami, które każdego roku udziela się i mnie. W tym roku udało mi się przeczytać i zrecenzować dwie z siedmiu wyróżnionych książek (dla przypomnienia kilka słów o Sońce i Drachu), lecz zapragnąłem powiększyć stosunek przeczytanych do nieprzeczytanych pretendentów, tym samym powiększając swą wiedzę o kandydatach. Wybór padł na Matkę Makrynę. Nigdy wcześniej nie miałem okazji zapoznać się z twórczością Jacka Dehnela, co postanowiłem nadrobić dodatkowo zachęcony częściej pojawiającą się w mediach wzmianką o jego najnowszej powieści. Jakie wrażenie wywarło na mnie pierwsze spotkanie z rodzimym pisarzem? Zapraszam do zapoznania się z moją opinią o Matce Makrynie.

Makryna Mieczysławska, a w rzeczywistości Irena Wińczowa, była XIX wieczną oszustką na skalę europejską. Podająca się za zakonnicę, charyzmatyczna Polka, zrobiła poważną karierę we Francji i w Rzymie czasów Wielkiej Emigracji. Ta historyczna postać posłużyła Jackowi Dehnelowi za wzór do stworzenia historii o Julce-Irenie-Makrynie, Żydówce-żonie kapitana-fałszywej zakonnicy. Matka Makryna jest wierną faktom wariacją autora na historyczny temat. Udająca przełożoną klasztoru oszustka osiąga ogromną popularność opowiadając barwną historię o prześladowaniu katolików przez Moskali, cierpieniu za wyznanie i torturach przechodzonych przez unickie zakonnice. Jednocześnie zyskuje wpływy i wykorzystuje swoje koneksje, stając się wręcz symbolem religijnym polskiej emigracji. W swoim monologu-spowiedzi zdaje relację ze swojego życia, w którym rozlicza się z fikcji, ale i prawdy.

Sama opowieść jest angażująca i interesująca. Ciekawa jest również konstrukcja utworu. Początkowo czujemy się nieco zagubieni w opowieści, zostajemy zawieszeni między prawdą a fałszem. Kiedy już rozszyfrujemy osobowości Julki-Ireny-Makryny łatwiej zagłębić się w intrygę, która dość szybko się rozwija. Dehnel umiejętnie wplata w historię elementy przypominające farsę, wydobywając komizm z wielu sytuacji. Nie zabrakło tutaj jednak powagi, widocznej szczególnie w końcowym rozdziale, a także przerażających, lecz całkowicie nieprawdziwych opisów tortur. Mimo wszystko nie jest to trudna lektura, czyta się ją dość lekko, a w swej wymowie nie jest skomplikowana, przez co nie trudno ją interpretować.

Stworzenie powieści zabrało Jackowi Dehnelowi pięć lat życia. Od pierwszej karty czuć, że czasu nie zmarnował i perfekcyjnie przygotował się do napisania Matki Makryny. Samo odtworzenie postaci fałszywej bazylianki wymagało niemałego wysiłku, a Dehnelowska Julka-Irena-Makryna jest w pełni autentyczna. Autor oparł się na solidnym gruncie historycznym, lecz trzeba pamiętać, że jest to literacka fikcja, która rządzi się własnymi prawami. Dlatego też w powieści odnajdziemy istny kolaż stworzony z faktów i wyobrażeń. Autor nie zmienia biegu historii, lecz wplata w nią swoje wizje, nieco odbiegające od ogólnie przyjętego obrazu epoki. W pamięć szczególnie zapada inne spojrzenie na „Wielkich Emigrantów”, którzy nie są przedstawieni jako wspaniali, mężni i wytrwali patrioci. Trudno nie uśmiechnąć się czytając o „Litwinie kudłatym, z grzywą lwią” czy „rymopisie Sławuckim”, a kącik ust podnosi się także, gdy pojawia się „Nowit młody”, Towiański, Krasiński i wiele innych historycznych postaci.

Autor zdecydował się całkowicie oddać głos Makrynie. W powieści przeplata się opowieść o „prawdziwych” przejściach bohaterki, jak i tych przez nią wymyślonych. Stopniowo zagłębiamy się w relację z przejść „zakonnicy”, ale też poznajemy jej losy na emigracji, gdzie zjednuje sobie serca rodaków. Dehnel początkowo rzuca nas na głęboką wodę. Szanując inteligencję czytelnika, nie daje jasnych sygnałów i utrudnia rozszyfrowanie prawdy i fałszu (niestety dałem tutaj kilka wskazówek, zabierając tym samym przyjemność czytelnikom). Po kilku rozdziałach jednak wszystko się wyjaśnia.

Wydaje mi się, że monolog jest dość wymagający dla autora, który nie tylko musi umiejętnie dobrać język do podmiotu, ale również tak skonstruować opowieść, aby nie zanudziła czytelnika. Na szczęście lektura Matki Makryny nie męczy, lecz można powiedzieć, iż jest nieco przegadana. Trudno uznać to za jednoznaczną wadę, gdyż jest to wyjątkowo przyjemna gadka. Wszystko za sprawą zachwycającego od pierwszej strony języka. Dehnel czaruje słowami, w zgrabny sposób łącząc literacki język z autentyczną „mową gminu”. Momentami autor po prostu oddala się od meritum, dając Makrynie rozwinąć skrzydła i snuć swą czarującą i subiektywną opowieść, której trudno się nie oddać.

Matka Makryna jest powieścią o obłudzie i matactwie, ale również o wodzeniu za nos i wykorzystywaniu wpływów. Główna bohaterka swą pozycję buduje poprzez kłamstwo umiejętnie wtłaczane w uszy łaknące łzawych opowieści. Mówi ona bowiem dokładnie to, co ludzie chcą usłyszeć, korzystając z ponadprzeciętnej charyzmy i sprytu oraz nastrojów społeczeństwa. Inna sprawa że, ludzie sami do historii dokładają swoje pięć groszy, interpretują ją jak im wygodnie, a nawet wykorzystują ją do własnych celów. Z tego połączenia rodzi się rodzaj religijnego kultu, umożliwiającego jeszcze poważniejsze matactwa. Dehnel eksponuje zarozumiałość i megalomanię postaci wykreowanych w powieści, ale także ich słabości. Matka Makryna jest balem obłudników, w którym aktywnie udzielają się wszyscy bohaterowie. Kto jest największym oszustem, kto próbuje „wycisnąć z innych wszystko, jak z gąbek”, kto wiedzie prym w matactwach i w końcu kto jest największym hipokrytą? Na te pytania odpowiedź należy znaleźć w powieści samemu.

Jacek Dehnel odświeżył postać Makryny Mieczysławskiej, a właściwie Ireny Wińczowej, XIX wiecznej celebrytki, której udało się wywieść w pole pół Europy, z dwoma papieżami włącznie. Ta charyzmatyczna „zakonnica” sprytem i kłamstwem utorowała sobie drogę do sławy i wpływów, których nie omieszkała eksploatować. Autor wykorzystał tę historyczną postać do stworzenia własnej, fikcyjnej lecz solidnie opartej na faktach opowieści. Jako motto przewodnie powieści można wybrać taki oto cytat: „każdy ma rolę w tym teatrzyku”. Makryna oczywiście gra w nim pierwsze skrzypce, lecz nie tylko ona jest skażona obłudą, zakłamaniem i zarozumiałością, całe środowisko emigracyjne wydaje się być tak samo święte jak i rzeczona „zakonnica”. Dehnel w swej nawiązującej stylistyką do tragifarsy powieści, daje prztyczka w nos mitowi wspaniałych, chrześcijańskich patriotów Wielkiej Emigracji, pokazując swą wariację historyczną, różną od spojrzenia romantyków. Choć może i utwór nie jest skomplikowany, nie niesie w sobie jakichś wyjątkowo głębokich treści, to nie jest tylko pustą, cudownie napisaną, wydmuszką i wydaje się być całkiem aktualny. Tym co zasługuje na osobne pochwały jest styl powieści. Monolog tytułowej bohaterki jest przesiąknięty litewską gwarą, subiektywnym spojrzeniem i komicznymi komentarzami. Można się przyczepić do tego, że słów pada w powieści zbyt dużo, lecz jakież to piękne słowa. W końcu nie często mamy możliwość obcować z tak ciekawym, literacko-gminnym językiem. Matka Makryna nie jest powieścią dla wszystkich, nie mniej jest solidnym przedstawicielem literatury pięknej. Nie dziwi mnie więc obecność tego tytułu w gronie finalistów Nagrody Literackiej „Nike”.

Moja ocena:
7/10

Kacper.

virtualo.pl

Za książkę dziękuję księgarni Virtualo.pl

Księgarnia Virtualo przygotowała dla czytelników naszego bloga specjalny kod rabatowy obniżający cenę ebooka (mobi, epub) Matka Makryna o 5%. Ważność kodu – 7 dni od dnia publikacji recenzji. Kod łączy się z innymi promocjami.

KOD: 5DUSIR9P

Advertisements

komentarzy 9 to “Matka Makryna – recenzja”

  1. tanayah Październik 3, 2015 @ 11:21 am #

    Mam coraz większą ochotę na tę powieść. Ja już czytałam kilka powieści Dehnela i bardzo mi się podobały (szczególnie utkwiła mi w pamięci dość osobista „Lala”). Przed Nike już jej nie zdążę przeczytać, ale tak czy inaczej, na pewno to zrobię. Swoją drogą, komu kibicujesz, Kacper?

    I jeszcze coś: bardzo lubię czytać Twoje notki – są długie, wnikliwe, ale bynajmniej nie nużące. Fajnie, że tu jesteś 🙂

    • wittkac Październik 3, 2015 @ 6:18 pm #

      Dziękuję za uznanie, bardzo mi miło 😉
      Po Makrynie wiem, że kiedyś jeszcze zdecyduję się na spotkanie z twórczością Pana Dehnela, pewnie wezmę się właśnie za bardzo dobrze ocenianą „Lalę”. Co do „Nike” na razie cicho sza, ale w swoim czasie się wypowiem.

      • tanayah Październik 3, 2015 @ 9:22 pm #

        Budujesz napięcie 😀 To czekam na tę późniejszą wypowiedź.

  2. krzysztof mroczko Październik 3, 2015 @ 2:21 pm #

    Żona czytała i w sumie była nieco rozczarowana. Przeczytam i ja pewnie, choć nie darzę prozy Dehnela jakąś wielką atencją.

    • wittkac Październik 3, 2015 @ 6:26 pm #

      Jak pisałem w recenzji, nie każdemu powieść przypadnie do gustu. Mnie zaintrygowała sama postać Makryny, dzięki czemu dałem się ponieść jej monologowi. Mam jednak wrażenie, że wielu czytelnikom może zabraknąć „tego czegoś” co przykuwa uwagę i intryguje od pierwszej strony.

  3. blankakatarzynadzugaj Październik 5, 2015 @ 11:00 am #

    Bardzo jestem tej powieści ciekawa, zwłaszcza, że słyszałam bardzo skrajne opinie. A dwie inne powieści Dehnela bardzo mi się podobały 🙂

  4. książkofanka Maj 16, 2016 @ 11:14 pm #

    Lektura Matki Makryny to moje pierwsze zetknięcie z twórczością Jacka Dehnela. Słowa podziwu za dogłębne przeanalizowanie historii dot. tej postaci i czasów, w których zyła. 5 lat pracy zapiera dech, bo to kawał życia. Mnie ta opowieść nie porwała. Pomimo sporego kontaktu z różnorodnymi lekturami i pewnej wprawy ciężko mi było przebrną przez niesamowicie długie, wielokrotnie złożone zdania, Po kilku wersach tego swoistego słowotoku nie pamiętałam, o czym było na początku.Archaiczne słownictwo i mnóstwo wyrazów charakterystycznych dla wschodnich terenów też nie ułatwiało lektury. Wiem, że nie musi by łatwo,lekko i przyjemnie, ale w imię czego się mordować, żeby przez 400 stron wczytywać się w bujdy fałszywej zakonnicy. Co innego, gdyby była współczesna i w dodatku mówiła tylko i wyłącznie prawdę o klasztornym życiu i swoich problemach…

Trackbacks/Pingbacks

  1. Stosik WRZESIEŃ 2015 | książkoholizm - Październik 12, 2015

    […] 2. „Matka Makryna” – Jacek Dehnel. Matką Makryną zainteresowałem się w związku ze zbliżającym się rozdaniem „Nike”. Tym samym moja recenzja powieści stała się pierwszym owocem współpracy z księgarnią Virtualo. Nie było to rozczarowanie, więc zacząłem polować na dobrą promocję Lali, wcześniejszej powieść autorstwa Jacka Dehnela. Korzystając z okazji, zapraszam wszystkich, którzy jeszcze nie czytali mojej opinii o książce do zapoznania się z nią, a jest ona o tutaj. […]

  2. Stosik PAŹDZIERNIK 2015 | książkoholizm - Listopad 3, 2015

    […] „Lala” – Jacek Dehnel. Po udanym spotkaniu z Matką Makryną (recenzja tutaj), nie mogłem sobie odmówić i zakupiłem mocno przecenioną Lalę. Jeśli spodoba mi się i ta […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: