Klątwa gruzińskiego tortu – recenzja

17 Paźdź

klątwa gruzińskiego tortu

Tytuł: Klątwa gruzińskiego tortu
Autor: Maciej Jastrzębski
Wydawnictwo: Editio
Data wydania polskiego: październik 2014
Stron: 352

Gruzja jest niewielkim krajem leżącym na tzw. Zakaukaziu, któremu szczególnie dużo uwagi poświęca (albo raczej poświęciło) się w Polsce; krajem o którym każdy słyszał, ale niewielu miało okazję poznać. Osoby zafascynowane tymże rejonem spotkać można wszędzie, często są to osobistości, które określić można jako „znane i lubiane”. Można tutaj dopatrywać się związku z faktem, że książek związanych z tym niezwykle przyjaznym kaukaskim krajem napisano dość dużo. „Klątwa gruzińskiego tortu” jest kolejną pozycją powiązaną z Gruzją. Sytuację tego kraju znam głównie z relacji prasowych i opowiadań znajomego wschodoznawcy, nie miałem okazji zapoznać się literaturą związaną z Kaukazem i mój poziom wiedzy określił bym jako przeciętny. Dlatego z całkiem sporym entuzjazmem zabrałem się za lekturę. Byłem ciekaw czego mogę dowiedzieć się o naszych dość odległych, ale bardzo serdecznych przyjaciołach. Skusił mnie też nieco enigmatyczny, ale zachęcający tytuł pozycji. A więc zabrałem się za pałaszowanie gruzińskiego tortu. Czy okazał się on smakowity, czy jednak niezjadliwy? Zapraszam do zapoznania się z moją recenzją.

Książka napisana jest przez dziennikarza Polskiego Radia, który głównie związany jest z Rosją. Jak sam jednak przyznaje Gruzja jest jego „kochanką” i prawdopodobnie z zafascynowania autora Kaukazem wyniknął fakt, iż stał się on korespondentem relacjonującym dla Polskiego Radia wszystkie wydarzenia z najnowszej historii Gruzji. Zapewne większość Polaków pamięta, że od 2003 losy tego kraju były bardzo burzliwe, a polscy politycy dość aktywnie angażowali się w sprawy Kaukazu. Wszelkie przemiany, konflikty zbrojne i inne perypetie kraju gościły w naszych mediach i to właśnie tym zdarzeniom autor poświęca najwięcej uwagi. Do tego opisuje on również inne swoje gruzińskie przygody wynikające z częstych jego pobytów w rejonie. Jest to więc literatura faktu, która bardzo silnie nastawiona jest na kontekst polityczny i społeczny, a więc na tematy dobrze nam z mediów znane.

Nie spotkamy tutaj ciekawych ludzi, ani wspaniałych historii. Nawet jeśli bohaterowie pojawiają się w rozdziałach to giną gdzieś pomiędzy wersami. Odnosiłem wrażenie, że Jastrzębski nawet nie próbował przybliżyć nam obyczajów i kultury współczesnej Gruzji, a skupił się na ogólnie pojętej polityce. Uciekał się on do przytaczania kaukaskich mitów i legend, które niewiele mówią nam o współczesnym obrazie kraju. Zapewne wynika to z zawodu autora, jednakże mam wrażenie, że Jastrzębski spokojnie mógłby mocniej zagłębić się w opowiadanie o tej codziennej i zwyczajnej Gruzji. Oczywiście książka nie jest pozbawiona historii ludzkich, jednakże część z nich tak naprawdę nie ma nic wspólnego z opowiadaniem o Gruzji i odniosłem wrażenie, że wątki te mogłyby stanowić akcję w mało wyszukanych powieściach przygodowych. Autor jeździ wraz ze swoim wiernym kompanem w różne zakątki kaukaskiego kraju i właściwie nic z tego nie wynika. Ślizga się on po tematach, często pozostawiając otwarte i niezakończone historie, do których wraca w następnych rozdziałach. Czasami opowieści te zupełnie pozbawione są pointy i niewiele wnoszą do treści utworu. Nawet sam kierowca, bliski przyjaciel Jastrzębskiego, został spłaszczony i pozbawiony wyrazu. Pomimo że wiele akapitów poświęconych było ów Gruzinowi tak naprawdę niczego się o nim nie dowiedziałem, a miłosna intryga, która stanowiła namiastkę fabuły pojawiającej się w kolejnych częściach „Klątwy…” pozostała nierozwiązana. Ten wątek, wprowadzony gdzieś w początkowych rozdziałach, był mocno podkreślany i miało się wrażenie, że będzie bardzo ważny. Niestety, autor na koniec uraczył nas jedynie stwierdzeniem, że o rozwiązaniu sprawy nic nie wie. Nie ta jedna kwesta nie została doprowadzona do końca. Autor nie skomentował wielu ze swoich historii, nie przytoczył żadnego przemyślenia, nie próbował wytłumaczyć żadnego zjawiska czy zachowania ludzi. Dużo uwagi poświęcił za to sobie, nieciekawym opisom czy historycznym „ciekawostkom”, które oderwane były od aktualnie opisywanych wydarzeń.

Książka jest całkiem długa, ale moim zdaniem wyrwanie z niej kilkuset stron nic by jej nie zaszkodziło, a może nawet pomogło. Niektóre rozdziały nie niosły w sobie żadnej treści. Coś zostało wspomniane, zarysowane a potem porzucone bez zagłębienia się w temat. Dodatkowo sama forma książki również nie przypadła mi do gustu. Charakterystyczne dla tego utworu są wątki, które ciągną się przez całą książkę, pojawiają, znikają i ostatecznie nie zostają rozwiązane. Jastrzębski przy tym nie wyszedł z roli korespondenta i bombardował nas nazwiskami i innymi trudnymi do przetworzenie w szybkim tempie informacjami. Kilka rozdziałów sprowadzonych zostało do rozwiniętego artykułu, który koncentrował się na jakimś konkretnym zdarzeniu czy temacie. Poza tym autor w utworze postanowił pobawić się w konstruowanie opisów rzeczywistości. I tym sposobem często dowiemy się jak wyglądała droga, dom gospodarza czy atmosfera przy ognisku, a nie dowiemy się co ciekawego miał do powiedzenia rozmówca Jastrzębskiego. Tym bardziej nie podobał mi się fakt, że opisy te nie pobudzały moich zmysłów i napisane zostały topornym, reporterskim językiem. Głównie zbudowane były z krótkich zdań prostych i nie były one zbyt wyszukane. Szczególnie rozpraszały mnie takie opisy pomiędzy dialogami. Nic to nie wprowadzało do treści utworu, a nawet przyćmiewało opowiadane historie. Nie potrafię też znaleźć powodu dla którego warto poświęcić aż dwie strony na opis takich czynności jak swoja kąpiel pod prysznicem czy wybudzanie ze snu, a pozbawić głosu pojawiających się w opowieściach postaci…

Właściwie czym był ten gruziński tort? Ni to reportaż, ni to powieść, coś jakby niedookreślona literatura faktu. Chyba zupełnie nie złapałem koncepcji autora. Czytając „Klątwę gruzińskiego tortu” momentami miałem wrażenie, że mam do czynienia z powieścią pozbawioną akcji, poprzeplataną notatkami prasowymi, w której wszystko kręci się wokół niezbyt interesującego głównego bohatera i jego kompana będącego w dość gęstym cieniu postaci wiodącej. Impresję tę powodowała forma utworu, która zupełnie mi nie odpowiadała. Treść… może i jakaś była, ale mam wrażenie, że materiał ten lepiej byłoby przedstawić w kilku artykułach o polityce, a nie w 350 stronnicowej książce. Tej relacji nie cechowało też ciekawe spojrzenie. Jednakże to co najbardziej uderzyło mnie w „Klątwie gruzińskiego tortu” to brak pointy podsumowującej przytaczane fakty i opowiadane historie. Utwór ten, podany w dziwacznej konstrukcji, z pojawiającymi się i znikającymi wątkami, był nudny i czasami miałem wrażenie, że ciągle czytam to samo, a nic nie zostaje rozwiązane. Biorąc się za „Klątwę…” przed snem było mi dużo łatwiej zasnąć, szczególnie trafiając na rozdział, w którym autor zarzucał mnie suchymi faktami w ilości przekraczającej możliwości mojej percepcji. Gdyby nie to, że poproszony zostałem o recenzję najpewniej książkę rzuciłbym w kąt po pierwszej części, która okazała się być najciekawszą z całego utworu. Dotrwałem do końca, zawaliłem termin, bo postanowiłem jednak dać szansę Jastrzębskiemu i zjeść jego „wypiek” do końca. Niestety, ten całkiem ładny tort okazał się być nieapetycznym, zawiodłem się i, pomimo tego, że nie jest to rażąco zła książka, pozycji tej nie będę polecał.

Moja ocena:
4/10

wk.

Advertisements

komentarzy 9 to “Klątwa gruzińskiego tortu – recenzja”

  1. tanayah Październik 17, 2014 @ 10:12 am #

    Czytałam na jakimś blogu dość pozytywną recenzję tej książki, ale i tak mnie nie zachęciła do sięgnięcia po tytuł – dzięki Twojej opinii wiem już na pewno, że nie warto.

    • wittkac Październik 20, 2014 @ 7:37 pm #

      Nie polecam, ale nie mogę powiedzieć, że odradzam. Na pewno znajdą się osoby, którym gruziński tort zasmakuje. Dla mnie jednak książce tej daleko do dobrego reportażu.

  2. J. Październik 17, 2014 @ 11:04 am #

    Książki bez ludzi są takie jakieś bez duszy. Szkoda, że autor do nich bardziej nie wyszedł, bo całość brzmiała zachęcająco

    • wittkac Październik 20, 2014 @ 7:35 pm #

      Niestety autor zbyt mało skupił się na ludziach i tym co mają do powiedzenia. I to właśnie jest główny powód tak niskiej oceny recenzowanej książki.

  3. Przemysław Październik 18, 2014 @ 12:04 pm #

    No cóż zapowiadało się nawet okej ale po przeczytaniu Twojej recenzji całkowicie odechciało mi się jej czytać, szkoda pieniędzy, wolę kupić coś ciekawszego. Swoją drogą możesz polecić mi, laikowi jakąś ciekawą, najlepiej fantastyczną, która mnie wciągnie na długie jesienne wieczory? Coś nowego co wyszło ostatnio mam na myśli 🙂

    Pozdrawiam serdecznie

    • wittkac Październik 20, 2014 @ 7:29 pm #

      Tak się składa, że nie często zdarza mi się sięgać po fantastykę, więc nie bardzo mogę coś z tego gatunku polecić 😉
      Ostatnio polecałem „Anglików na pokładzie”, ale nie jest to zbyt lekka powieść. Na pewno jednak wciąga i nadaje się na jesienne wieczory.

  4. barwinka Październik 31, 2014 @ 11:31 am #

    Zdecydowanie nie dla mnie. Lubię książki podróżnicze, zgłębiające kulturę innych krajów, ale w tym wypadku czuję, że ta książka by mnie nie przyciągnęła.

  5. bodek Listopad 17, 2014 @ 10:17 am #

    Autor recenzji, moim zdaniem, nigdy nie był w Gruzji i stąd zapewne opinia, że cyt. „autor zarzucał mnie suchymi faktami w ilości przekraczającej możliwości mojej percepcji.” Dla ludzi, którzy tam byli te „suche fakty” są uzupełnieniem ich własnych odczuć, smaków, zapachów i konkretnych ludzi. Nie sposób nie zakochać się w Gruzji i jej mieszkańcach z powodów, o których pisze Maciej Jastrzębowski, a jak wiadomo miłość bywa zwykle bezkrytyczna. W gruncie rzeczy opinia recenzenta mnie cieszy, bo być może dzięki niej nie ruszą do Gruzji hordy polskich „turystów”, tym bardziej, że o all inclusiv tam trudno. Nie zadepczą górskich szlaków i nie zepsują dobrej opinii o Polakach. Tym ostatnim książki nie polecam.

    • wittkac Listopad 18, 2014 @ 9:47 pm #

      Rzeczywiście nie byłem w Gruzji (co w recenzji napisałem) i okazji do „zakochania się” w kraju tym nie miałem. Książka ta jednak nie pomaga, bo o ile może i uzupełnia odczucia kogoś kto Gruzję już poznał, to na pewno nie potrafi obudzić emocji w kimś kto Gruzji jeszcze nie zasmakował… Czy nie jest tak, że dobry reportaż powinien mieć moc i rozpalić zmysły nawet zupełnego laika?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: